niedziela, 10 lipca 2011

Sposoby łapania stopa...i maraton przez A4


M. mówi starając się jak najlepiej zaakcentować po angielsku, że jesteśmy z Polski. Kierowca patrzy i kiwa głową, że nie rozumie. Mówimy Polako a on si, si uśmiecha się… Tłumaczy NO ENGLISH, mówi że jest z Boliwii. Z perspektywy siedzenia na tylnym siedzeniu cały czas wpadają mi w oczy jego drobne dłonie, co jakiś czas szybko przestawiał nawiew w samochodzie albo inny kanał z muzyką.  Tłumaczy dalej, że jedzie na lotnisko po syna bo ten był na meczu footballu.. M odwraca się i wkurzony mówi, ty go w ogóle rozumiesz ?? Kiwam głową i uśmiecham się, odkryłam że serio rozumiem po włosku, byłam przekonana, że on tez rozumie ale jak zaczęłam układać pokraczne zdania używając słów  francusko, włoskich z mieszanką angielskiego to M z desperacją w głosie mówi – Nie mówiłaś, że umiesz po włosku. Ja uśmiechając się w duszy. No to teraz się dowiedziałam, że chyba coś tam umiem , a nigdy się nie uczyłam…

Jedziemy dalej, w głowie już nadzieja świecie coraz jaśniej, że w końcu ruszyliśmy. Czas goni...Dojeżdżamy do bramek z autostrady a on mówi, że nas tutaj wysadzi, bo on jedzie na lotnisko a my musimy wziąć przeciwny pas autostrady.. że co????

Wysiadamy z nieciekawymi minami na twarzy. Fajnie i co teraz, samochody stoją w korku i podjeżdżają co kilka sekund z min szybkością 70km/h. M już się wkurza, tak jakbym mu mogła coś poradzić. Z moim optymizmem mówię, spoko będzie dobrze ( hmm czy ja w to chociaż wierzę ... )

We Włoszech jest zabroniony autostop. Ta myśl najbardziej mnie dobijała. Jakby tego było mało za przejazdem bramki kontrolnej, gdzie wykupuje się bilet stała policja... super
M nie chce nikogo nic pytać, podchodzi do nas starszy pan ze szpakowata czupryną, ubrany w firmowy strój. 
Bonjorno do you speak english...i zaczynam rozmowę, Jak można dostać się na drugą stronę autostrady. Sceptycznie popatrzył na nasze wyładowane plecaki, z wiszącą karimatą. Do upewnienia zapytał czy samochodem. Kiwamy głową, że pieszo...

Odwraca się, pokazuje palcem, w polu widzenia mamy samochód policji włoskiej. Mówi do upewnienia, Widzicie tam policję. Z lekkim smutkiem na twarzy kiwamy głowami, że tak. 
Alora.. tu jest brama, za bramą pujdziecie schodami w dół, będziecie w długim korytarzu pod autostradą, przejdziecie przez cały korytarz, miniecie wszystkie wejścia. Na końcu tunelu będzie skręt w lewo i schod do góry. Przejdziecie na druga stronę autostrady.
Ucieszeni dziękujemy, życzymy miłej Wielkanocy i ruszamy pod autostradę. Sami w to nie wierzymy, w tunelu śmiejemy się do siebie. I widzisz mówiłam , że będzie dobrze, musimy się pytać i nie bać...Słyszymy nad nami kolejne samochody podjeżdżające pod bramki. Widzimy wpadające słońce- wyjście.
Jesteśmy po drugiej stronie. Z nadzieją na kolejne samochody ustawiamy się kilka metrów od bramek. Po 10 min okazuję się jednak, że to nie ta autostrada tylko ta na pagórku. 
Wyschnięci od słońca, już z oznakami pierwszego zmęczenie wspinamy się, płoszymy jaszczurki wylegujące się w nagrzanej trawie.

Jest jeden mały szczegół, maleńki problem. Autostrada ma 5 pasów zmierzających w jednym kierunku, a my musimy przejść na druga stronę. Na czworakach z "szafą" na plecach przechodzę przez barierki ochronne. staje na brzegu asfaltu  raz- dwa -trzy  biegnij i co sił w nogach przebiegamy po autostradzie,  żeby zdąrzyć przed szybkimi samochodami.
Udało się idziemy jakieś 1000m na najbliższą stację benzynową. Zrzucamy plecaki, nikt głośno nie mówi,że już jest z męczony, bo teraz to kropla przed tym co nas czeka. Kupujemy dużą, butlę wody. Stajemy rozbawieni, na wyjeździe z autostrady i już po kilku minutach starsza para zabiera nas na kolejną stację,
Stacja, ku naszemu zdziwieniu tętniąca życiem, podjeżdżają coraz to nowi kierowcy. Nowy sposób, podchodzimy i pytamy czy nie jadą dalej. Zaczepia nas pracownik stacji, wnioskuję że to Marokańczyk. Życzliwie pyta skąd jesteśmy dokąd zmierzamy. Mówi, że może być ciężko bo wszyscy to lokalni i że najlepiej szukać obcych rejestracji albo najlepiej francuskich bo pewnie jada na lazurowe. 
Rozbawiliśmy nie jednego kierowcę, prubujemy róznych sposobów

Wymyśliliśmy nawet leksykon sposobów łapania na stopa:
1. Na smuta  - wyglądasz jak zagubiony, smutny, bez sił.
2. Lightowy - zaczynasz tańczyć z kartką i pokazujesz własnie do wybranego kierowcy.
3. Powaga - przy starszych osobach, że jesteś pełen zaufania, więc kto by nie chciał.ł z tobą jechać

Zadziałał 2. Pan w wieku około 37 lat, w garniturze zatrzymuję się. Tłumaczy coś po włosku. Pokazuje na mapie, że nie jedzie do Tortony tylko do Piacenza i że będzie nam łatwiej tam złapać stopa... co nam w sumie zależy wsiadamy. Panowie, każdy w innym jezyku zaczyna mówić o footballu, M co kilka sekund odwraca się i pyta co on mówi, tłumaczę.  Zdania nabierają koloru, coraz więcej słów trafia do nich. Pierwszy przystanek na papierosa. Jedziemy dalej..

Nie wiemy jeszcze co nas czeka na kolejnej stacji....

środa, 8 czerwca 2011

Pierwsze kilometry Bergamo-Rozzano...

To już kolejna Wielkanoc spędzona gdzieś, gdzie nie ma święconki na stole, gdzie nie ma bazi w wazonie...ale taki los podróżnika i wcale tego nie załuję bo przede mną jeszcze mnóstwo kolorowych jajek, i pstrokatych koszyczków. Teraz jestem tutaj... właśnie jesteśmy dalej na stacji w Bergamo kończąc kanapki. Kawy chcemy, no ale tak Włochy , niedziela wszystko pozamykane. Stoję i uśmiecham się sama do siebie, nie potrafię uwierzyć, że  jedziemy na stopa do Hiszpanii. Jedząc na dworcu Marek oznajmuje - ja jadę pierwszy raz na stopa...(fajnie mógł mi to prędzej powiedzieć, a nie po 1200km) faceci... ale dobra mam nadzieję, że nie spanikuje  w sytuacji kryzysowej. Jeszcze przed wyjazdem mówiłam siostrze, że fajnie że nie jadę z koleżanką bo chociaż raz nie muszę być "plecami" w tej podróży, czyli tą co zapewnia że wszystko będzie ok jak nie jest :D. 
Dobra idziemy, bez mapy, nie wiemy gdzie ale słowo faceta się rzekło ..śmiejemy się, że jakby rodzice wiedzieli gdzie teraz jesteśmy to nas pozabijają... idziemy, idziemy oczywiście słuchajcie faceta- zła strona... wracamy na stację benzynową, wiecie taka samoobsługa. M chce zapalić, zrzucamy plecaki, idziemy z dala od stacji. Obserwujemy brak samochodów na ulicy :) ...na stację podjeżdża mała bagażówka, wychodzi koleś z papierosem w ręce, my na siebie, konsternacja, gościu zaczyna nalewać do bańki gdzieś 10 litrowej benzynę, z ust widać dym z zaciągniętego przed chwilą papierosa...szok. M nawet nie zapalił swojego, bo byliśmy w takim szoku. Jak pyłek wleci do benzyny to rozwali pół Bergamo...co za koleś. Karnister się zapełnił, my odsapnęliśmy jeszcze nie dowierzając...
M to pytaj ludzi na stacji czy nas zabiorę, nie co ja mam im powiedzieć...Wnerw- jak my tak pojedziemy to do tej Hiszpanii do przyszłej niedzieli nie dojedziemy...
Myślę sobie - spoko wyluzuje to jakoś pójdzie.  Przenosimy się na wjazd na stację.. O nie znowu ta sama bagażówka, kierowca wjeżdżając patrzy na nas, podjeżdża pod ten sam "dystrybutor" - nie wiem jak się to nazywa  :) i kolejny papieros... Lepiej złapmy szybko tego stopa bo dostanę zawału...Stoimy z kartką z dużego bloku rysunkowego, markerem napisane ROZZANO. Zatrzymuje się maleńki samochód, nie wymagajcie nazwy wiem że był srebrnego koloru :D...mówimy {Rozano}, kierowca pochodzenia jeszcze nie wiemy jakiego kiwa głową, nie wie o co nam chodzi, pokazujemy czarno-białą mapę wydrukowaną z googli. Aaa {Rocano}wymawia si si.. i ładujemy się z ekwipunkiem do środka. 
Jak my będziemy mówic nazwy po Polsku to dojedziemy strasznie daleko...


czwartek, 2 czerwca 2011

Autostopem po Europie

Drogi pokonałam, autostrady przejechałam, stacje odwiedziłam,  w nocy pod gołym niebem spałam i miliony wspaniałych rzeczy uwidziałam...

Moja podróż po Europie, podróż autostopem... 1700km ...na stopa  z Mediolanu(Bergamo)... Ja dalej w to nie mogę uwierzyć, że to już było, że minął kilometr za kilometrem, samochód za samochodem, coraz to inny kierowca z lepszą lub gorszą znajomością języka obcego...

Świat stanął przede mną, otworzył swoje wrota tajemniczości, zachwytu, pozwolił mi na nowo poczuć dreszczyk emocji i mnóstwo adrenaliny w moich żyłach...

No dobra ale od początku, należąć do organizacji AEGEE EUROPE los pozwolił jeszcze bardziej, mocniej, i więcej zwiedzać nasz kochany świat... już w grudniu padł pomysł żeby pojechać na coroczny zjazd europejskich anten, stopem... Ja oczywiście byłam  pierwsza w popieraniu tej ideii.. kto jak nie ja taki szaleniec mógły chcieć jechac na stopa... nawet nie miałam problemu ze znalezieniem partnera stopowego ...
źródło zdjęcia


Potem były cały cyrygiele z kupowaniem jak najtańszych biletów, opcji, tras i wszystkiego z tym związane... Spotkanie planowane na 27.04-30.04.2011 miejsce Alicante- Hiszpania... Na stopa fajnie ale mój towarzysz podróży wymyślał, że to święta, że z rodziną musi spędzić, bo było w planach stopem z Polski. Potem była opcja samochodem ze znajomymi, ale wyszukałam na 24 WIELKANOC tanie loty za 80zł z bagażem i wszystkimi opłatami do Mediolanu-Bergamo... kupione, na jakieś 3 tygodnie przed wylotem poszukałam opcję powrotu Alicante- Brno 03.05.2011 z bagażem za 150zł... poszło wszystko po kosztach..

Szczęście... teraz ja wielka podróżniczka nie miałam nic, kompletnie nic aż wstyd się przyznać, że przemierzyłam tyle tysięcy kilometrów a nie miałam nawet plecaka, karimaty, śpiwora... ale od czego jest internet... kilka kliknięć- sprzęt zamówiony...

Adrenalina była, nikt prócz osób z organizacji, mojej siostry i kilku znajomych nie wiedział w jaki sposób mamy się dostać do Hiszpanii... z wiadomych chyba przyczyn... Adrenalina, ciągłe pilnowanie żeby się nie wygadać przed rodzicami, pakowanie latarki, peleryny, sznurka i wszystkiego co może się przydać w żywiole...
W Wielką sobotę byłam jeszcze w pracy, kumpela zadzwoniła, że mam sprawdzić autobus do Katowic bo zmienili rozkład jazdy- faktycznie muszę jechać o 19 a nie jak planowałam o 21 ... dobra przeżyję, dzwoni mama, że siostra mnie odbierze z pracy bo się samochód zepsuł, ok... wracamy do domu i ten siostry samochód też się zepsuł.... fajnieee, szłam jakieś 2 km przez łąki bo za 2 godz wyjeżdżam na busa...
W Katowicach na dworcu czekając na serwis na lotnisko w głowie kłębiły się myśli, mamy 3 dni do przejechania 1700km, są święta, nie wiem jak wygląda stop w Europie... ale damy radę...

Tradycyjnie noc spędziłam na lotniskowej ławce, obwinięta jak parówka w mój niebieski, pachnący nowością śpiwór, tylko słyszałam Polaków, nie przyzwyczajonych do śpiących ludzi w takim miejscu, że leża jakieś zwłoki...na lotnisku zauważyłam że jedzenie, które miałam na drogę( 3 dni na stopa) zostało w lodówce... wspaniale się zaczyna.... Ale mój towarzysz przywiózł mi na lotnisko kanapki

Wykończona zasiadam w wysiedziany fotel tanich linii lotniczych, zapinam pasy i w sekundzie zasypiam, budzi mnie Marek i pokazuje widok zaśnieżonych alp nad Włochami, ja opowiadam sen o dywanach... nie wiem skąd mi się to wzięło, ale zasypiamy jeszcze na czas lądowania, budzi nas gwałtowny zryw dotknięcia samolotu z płytą lotniska... Bonjorno Italia .. ciekawe ile razy jeszcze wyląduję na tym lotnisku... Jedziemy busem do centrum Bergamo...

Wesołego Alleluja, dzisiaj Wielkanoc..a tutaj długa kolejka na dworcu aby kupić bilety, wielkanocne śniadanie, bułki z szynką, i woda mineralna jeszcze z Polski :)




The Hitchhiker's Guide to Europe
Pass the roads, drove the highway, visited gas station, in the night I slept under the open sky and millions of wonderful things saw and feel...

My trip to Europe, hitchhiking journey ... 1700km ... by hitchhiking from Milan (Bergamo) ... I further I can not believe that this was the kilometer after kilometer passed, car after car, and is another driver with a better or worse knowledge of a foreign language ...

The world stood in front of me, opened his gates of mystery, wonder, let me once again feel the thrill and lots of adrenaline in my veins ...

Okay, but from the beginning, belonging to the organization of AEGEE EUROPE fortune even more, harder, and more visit our lovely world ... in December fell idea to go to the annual meeting of the European antennas, by hitchhiking ... Of course, I was first in supporting this unusual  idea .. who if not me can be included in this idea ... I even haven’t any problem to find a travel partner...


Then there were all mess with  buying the cheapest ticket, options, routes and everything connected with it ... The meeting scheduled for 27.04-30.04.2011 place Alicante-Spain ... Hitchhiking it’s cool, but my traveling companion invented that is holy, that the family has to spend time together, because it was in the plans to go by auto stop from Poland. Then there was the option to drive with friends, but I founft for 24 EASTER cheap flights for 20euro with luggage and all charges to Milan-Bergamo ... bought, for about 3 weeks before departure  I looked for the option to return Alicante-Brno 03.05.2011 luggage for about 38euro... not so bed it’s low coast trip , like always

Happiness ... I am a great voyager I had nothing, absolutely nothing to be ashamed to admit that traveled so many thousands of kilometers and I haven’t even a backpack, mats, sleeping bag ... but from what is the internet ... a few clicks-ordered equipment ...

Adrenaline going higher, nobody know that we are going to Spain by hitchhiking exept persons of the organization, my sister and some friends ... for obvious reasons, unless ... Adrenaline, control all the time what I’m telling near parents... packing a flashlight, cloaks, string and anything that can be useful in extreme adventure ...

On Holy Saturday, I was still at work, buddy phoned to check the bus to Katowice, they changed the schedule because of Easter, actually I have to go up 19 and not like I planned for 21 ... the good survive, calling my mother that my sister will pick me from work because the car is  broke down, ... ok good that sister has her own car ...back to the house and the sister's car broke down too .... great,j ust wonderfulll... I walked about 2 km through forest, with all staff from work... but i have to hurry up cause after 2 hours have bus..

In Katowice at the station during waiting for service to the airport in my head I had hundret thoughts, we have three days to drive 1700km,  I do not know how to look like stop in Europe ... but common we are young, full of power and waiting for a big adventure..
 
Traditionally, night spent at an airport bench, like sausage wrapped in my blue, fragrant new sleeping bag, I heard some funny things about me, Polish people are not abituated to people sleeping in a place at the airport ... I noticed that the food that I was on the road (3 days on foot) was in the fridge ... great start .... But my companion brought me to the airport sandwiches

Finished sit in a chair hatched low-cost airlines, belt-and second sleep,  Markek woke me up, and shows the view of snow-covered Alps of Italy, I told him the dream of carpets ... I do not know where it came from, but I still fall asleep on the landing time, awakens us to touch a rapid spurt of aircraft apron ... Bonjorno Italia .. how many times I will again and again come to the airport... We go by bus to the center of Bergamo ...

Happy Halloween, Easter today .. and here a long line at the station to buy tickets, Easter breakfast, bread with ham, and even mineral water from Poland:)

środa, 20 kwietnia 2011

Pakowanie czas zacząć

Szalone życie wyrywa do przodu, ostatnio jestem tak zajęta i nie mam nawet czasu na sen bo jak można nazwać nim 2 godziny… ale to wszystko w dobrym celu..

A wiecie, co teraz robię… pakuję kolejny raz, kolejny t-shirt, kolejny przewodnik, kolejne lekkie klapki do plecaka… tak , przede mną kolejna podróż życia.(Aż do następnej ;) tym razem mogę uznać ja za najbardziej spontaniczna i zwariowaną, ale czym bardziej zwariowana tym bardziej to nie dochodzi do mnie że mamy do pokonania dystans 2750 km.. a tym 1500km w nietypowy sposób… ale o tym jutro, teraz wracam do wyschniętych na słońcu ubrań. Spróbuję się odnaleźć w tym wielkim harmidrze pomiędzy praniem, rozebraną kołdra na łóżku, wydrukowanymi biletami i tym ogromnym zielonym plecaku… trzymajcie kciuki bo wiecie jak nienawidzę pakować się…


Dziękuję też nowym obserwującym:) do jutra…

Let's start tp pack my luggage...

Crazy life pulls ahead, I'm so busy lately and didn’t even have time to sleep because how can i call two hours of sleeping-relax ... but everything in for good things ..

And you know what I am doing now ... I’m packing once again, another t-shirt, another guide, another lightweight flip the bag ... so to me the next journey of life. (Until the next one;) this time I can be considered as the most spontaneous and crazy, but the more crazy the more it does not occur to me that we have to overcome the distance 2750 km .. and the 1500km in a unique way ... but more about that tomorrow, now go back to the sun-dried clothes. I'll try to find in this great haos between money, pulled down duvet on the bed, printed tickets and the huge green backpack ... keep your fingers crossed because u know how I hate to pack ...

sobota, 9 kwietnia 2011

Stambuł

Kurcze i tak dalej mi się tęskni za Stambułem. Lubię czasami zamknąć oczy, pomyśleć o tym magicznym mieście i posłuchać tureckiej muzyki. Słuchając widzę siebie tam, nad Bosforem, przechadzając się, w powietrzu zapach simitu(rogalika z sezamem), zapach kasztanów...
Teraz i wy możecie zamknąć oczy.... zapraszam do mojego Stambułu...

piątek, 8 kwietnia 2011

Stambuł mój kochany ISTANBUL ♥


No i pobyt w Mardin dobiegł końca. Pakowanie i szybko na samolot oczywiście byliśmy trochę spóźnieni. Mustafa śpiewał w naszym 7 osobowym samochodzie polskie piosenki” Kolorowe kredki i Jestem sobie mały przedszkolaczek. Na lotnisku powiedział” Dziewczyna do zobaczenia” a jak była kolejka i każdy czekał w lini dodał .. co to jest q…. i to było podsumowanie wszystkiego. Lot z Mardin do Istanbulu przebiegł spokojnie. Potem pojechałam na miasto. Sama w Istanbule. Uwielbiam to w tym 11 milionowym mieście ja. Oczywiście nie byłam pewna czy pamiętam i dam rade przejechać z lotniska Ataturka do Taksim ale oczywiście że dałam rade. Od kiedy sama przyjechałam z Afryki, nic nie jest niemożliwe. Kilka przesiadek z metro na tramwaj. Herbatka u znajomego w hotelu na Sultanahmet a potem tramwajem, przesiadka, drugim tramwajem na Taksim. Tam nie mogłam sobie odmówić durum z ayranem a potem spotkałam szalonego znajomego Mattia z Włoch, który jest na Erasmusie w Stambule. Nocleg miałam spędzić u innych znajomych ale już mi się nie chciało kombinować i zostałam w dzielnicy sis..cos tam.

Zawsze marzyłam żeby zobaczyć Istanbul pokryty tulipanami. Moje marzenia zawsze się spełniają....






01.04.2010
Rano – co było 4 godziny po czasie jak się położyłam, trzeba było szybko wstać bo chciałam jeszcze trochę pochłonąć miasta przed moim odlotem do Polski.  Co zawsze mnie bawi w Stambule to pochyłość ich dróg i umiejętność ich pokonywania. To wiec było nasze zajęcie przy śniadaniu. Obserowanie  ludzi jak sobie z tym radzą. A było przy tym nie mało śmiechu. Pożegnałam się i ruszyłam w stronę taksim. Najpierw było parno a ja już narzekałam ze zaś idę obładowana jak camela bo nigdy nie mogę zdecydować co ze sobą zabrać. Narzekałam po czym lało jak z cebra. Kupowałam obiecane szaliki. Wydałam wszystkie rozmienione liry więc na zastaw parasola oddałam zapłacone szaliki i poszłam do kantora rozmienić. Cały buty mi przemokły a jak wróciłam zapłacić parasol to zaświeciło piękne słońce, które towarzyszyło mi całą resztę dnia. I jak tu nie kochać tego miasta Potem już chodziłam w T-shircie co było zdziwieniem miejscowych i zwracali mi uwagę że jest zimno





Dzisiaj stwierdziłam ze Istanbul albo się kocha albo nienawidzi. Nie ma nic po środku.  Podążałam z Taksim w stronę Galata  i tak rozmyślałam nad ludźmi którzy kiedyś tu się przechadzali. Uwielbiam to miasto. Na chwilę przystanęłam obok mostu Galata. Cały Istanbul dla mnie to morze wspomnień. To już 7 wizyta w tym magicznym mieście.  Ale za każdym razem od nowa się nim cieszę i zachwycam.  Jak już przeszłam most Galata to umordowana z tobołkiem zakupów podążyłam dalej na Sultanahmet. Tam zrobiłam jeszcze końcowe zakupy, wypiłam soczek ze świeżo wyciśniętych pomarańczy i tramwajem a następnie metrem pojechałam na Ataturk Havalimani(Lotnisko). Najgorsze co może być to setki ludzi w tramwaju i żeby wejść mówi się przepraszam i upycha ich do środka. Nie potrzeba ani się trzymać bo człowiek nie drgnie nawet na 1 cm. Wykończona bez sił przepakowałam co nieco z jednej walizki do podręcznej torby i zasiadłam do samolotu z myślą 2 godzin snu. Ale jak to człowiek z przygodami w samolocie spotkałam 4 chłopaków z pod rosyjskiej granicy. Wracali z Sudanu a dokładnie z Chartum i opowiadali o ich zatrzymaniu na lotnisku w Stambule, spotkaniem z konsulem i czasie spędzonym w Afryce. Więc lot minął szybko. Potem droga z Warszawy do Katowic. Z Katowic samochodem do domu, gdzie dotarłam o godzinie 2:00 a rano--à do pracy.

Kocham Istanbul i mam nadzieję, że kiedyś tu pomieszkam. W jakieś kamiennicy z widokiem na Bosfor, rano będą mnie budzić mewy i odgłos przepływającego przez cieśninę promu..
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...