Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lipca 2014

Boarding pass is ready....Lecimy do...

Wakacje...pewnie nie jeden z was juz po wyjazdach wakacyjnych, u mnie w tym roku miałam już plany i co z tego wynikło… że lepiej nie robić planów :D 
Jak dostałam mój miesięczny plan na lipiec i widziałam 3 dni wolne, zielone światło się zapaliło. Poszłam na stronę tanich linii lotniczych ryanair i poszukałam najtańsze loty z Bremy (Bremen). Entliczek pentliczek i wypadło na ITALY… we wtorek lecę do Wenecji. I tak to moi kochani się robi. Boarding pass wydrukowany, przypadkowe miejsce przydzielone. Dzisiaj wybierałam możliwość noclegu. Skorzystałam z wyszukiwarki booking.com .No i to by było na tyle, co do przygotowań, jutro musze jeszcze zaplanować jak pojadę z Hamburga do Bremy no i co chce sobie pozwiedzać. Ale przecież mam na to jeszcze 24 godziny… Teraz będę śnić i marzyc o late w jednej z ciasnych uliczek z widokiem na Wenecji kanał. Dobranoc…




 Holidays…for sure some of are already after, for me in this year I had a lot of plans, and what about this…better don’t plan anything :D 
When I got my roster for July and saw that I have 3days off, I saw already green light for new adventure. I start to search in a law cost fly Ryanair the cheapest flight; doesn’t mutter where. I found from Bremen to Italy…on Tuesday I’m flying to Venice. And this is the way how it’ working. Boarding pass printed out, seats generated by the system. Today I choose some place for sleep. I was using booking.com. That all what I managed till today. Tomorrow I need to still think how to get from Hamburg to Bremen and what I’m gonna to visit in Venice, but come on I have still 24h for doing this. Now I will sleep and dream about Late in some narrow street with view on Venice’s canals Goodnight

niedziela, 10 lipca 2011

Sposoby łapania stopa...i maraton przez A4


M. mówi starając się jak najlepiej zaakcentować po angielsku, że jesteśmy z Polski. Kierowca patrzy i kiwa głową, że nie rozumie. Mówimy Polako a on si, si uśmiecha się… Tłumaczy NO ENGLISH, mówi że jest z Boliwii. Z perspektywy siedzenia na tylnym siedzeniu cały czas wpadają mi w oczy jego drobne dłonie, co jakiś czas szybko przestawiał nawiew w samochodzie albo inny kanał z muzyką.  Tłumaczy dalej, że jedzie na lotnisko po syna bo ten był na meczu footballu.. M odwraca się i wkurzony mówi, ty go w ogóle rozumiesz ?? Kiwam głową i uśmiecham się, odkryłam że serio rozumiem po włosku, byłam przekonana, że on tez rozumie ale jak zaczęłam układać pokraczne zdania używając słów  francusko, włoskich z mieszanką angielskiego to M z desperacją w głosie mówi – Nie mówiłaś, że umiesz po włosku. Ja uśmiechając się w duszy. No to teraz się dowiedziałam, że chyba coś tam umiem , a nigdy się nie uczyłam…

Jedziemy dalej, w głowie już nadzieja świecie coraz jaśniej, że w końcu ruszyliśmy. Czas goni...Dojeżdżamy do bramek z autostrady a on mówi, że nas tutaj wysadzi, bo on jedzie na lotnisko a my musimy wziąć przeciwny pas autostrady.. że co????

Wysiadamy z nieciekawymi minami na twarzy. Fajnie i co teraz, samochody stoją w korku i podjeżdżają co kilka sekund z min szybkością 70km/h. M już się wkurza, tak jakbym mu mogła coś poradzić. Z moim optymizmem mówię, spoko będzie dobrze ( hmm czy ja w to chociaż wierzę ... )

We Włoszech jest zabroniony autostop. Ta myśl najbardziej mnie dobijała. Jakby tego było mało za przejazdem bramki kontrolnej, gdzie wykupuje się bilet stała policja... super
M nie chce nikogo nic pytać, podchodzi do nas starszy pan ze szpakowata czupryną, ubrany w firmowy strój. 
Bonjorno do you speak english...i zaczynam rozmowę, Jak można dostać się na drugą stronę autostrady. Sceptycznie popatrzył na nasze wyładowane plecaki, z wiszącą karimatą. Do upewnienia zapytał czy samochodem. Kiwamy głową, że pieszo...

Odwraca się, pokazuje palcem, w polu widzenia mamy samochód policji włoskiej. Mówi do upewnienia, Widzicie tam policję. Z lekkim smutkiem na twarzy kiwamy głowami, że tak. 
Alora.. tu jest brama, za bramą pujdziecie schodami w dół, będziecie w długim korytarzu pod autostradą, przejdziecie przez cały korytarz, miniecie wszystkie wejścia. Na końcu tunelu będzie skręt w lewo i schod do góry. Przejdziecie na druga stronę autostrady.
Ucieszeni dziękujemy, życzymy miłej Wielkanocy i ruszamy pod autostradę. Sami w to nie wierzymy, w tunelu śmiejemy się do siebie. I widzisz mówiłam , że będzie dobrze, musimy się pytać i nie bać...Słyszymy nad nami kolejne samochody podjeżdżające pod bramki. Widzimy wpadające słońce- wyjście.
Jesteśmy po drugiej stronie. Z nadzieją na kolejne samochody ustawiamy się kilka metrów od bramek. Po 10 min okazuję się jednak, że to nie ta autostrada tylko ta na pagórku. 
Wyschnięci od słońca, już z oznakami pierwszego zmęczenie wspinamy się, płoszymy jaszczurki wylegujące się w nagrzanej trawie.

Jest jeden mały szczegół, maleńki problem. Autostrada ma 5 pasów zmierzających w jednym kierunku, a my musimy przejść na druga stronę. Na czworakach z "szafą" na plecach przechodzę przez barierki ochronne. staje na brzegu asfaltu  raz- dwa -trzy  biegnij i co sił w nogach przebiegamy po autostradzie,  żeby zdąrzyć przed szybkimi samochodami.
Udało się idziemy jakieś 1000m na najbliższą stację benzynową. Zrzucamy plecaki, nikt głośno nie mówi,że już jest z męczony, bo teraz to kropla przed tym co nas czeka. Kupujemy dużą, butlę wody. Stajemy rozbawieni, na wyjeździe z autostrady i już po kilku minutach starsza para zabiera nas na kolejną stację,
Stacja, ku naszemu zdziwieniu tętniąca życiem, podjeżdżają coraz to nowi kierowcy. Nowy sposób, podchodzimy i pytamy czy nie jadą dalej. Zaczepia nas pracownik stacji, wnioskuję że to Marokańczyk. Życzliwie pyta skąd jesteśmy dokąd zmierzamy. Mówi, że może być ciężko bo wszyscy to lokalni i że najlepiej szukać obcych rejestracji albo najlepiej francuskich bo pewnie jada na lazurowe. 
Rozbawiliśmy nie jednego kierowcę, prubujemy róznych sposobów

Wymyśliliśmy nawet leksykon sposobów łapania na stopa:
1. Na smuta  - wyglądasz jak zagubiony, smutny, bez sił.
2. Lightowy - zaczynasz tańczyć z kartką i pokazujesz własnie do wybranego kierowcy.
3. Powaga - przy starszych osobach, że jesteś pełen zaufania, więc kto by nie chciał.ł z tobą jechać

Zadziałał 2. Pan w wieku około 37 lat, w garniturze zatrzymuję się. Tłumaczy coś po włosku. Pokazuje na mapie, że nie jedzie do Tortony tylko do Piacenza i że będzie nam łatwiej tam złapać stopa... co nam w sumie zależy wsiadamy. Panowie, każdy w innym jezyku zaczyna mówić o footballu, M co kilka sekund odwraca się i pyta co on mówi, tłumaczę.  Zdania nabierają koloru, coraz więcej słów trafia do nich. Pierwszy przystanek na papierosa. Jedziemy dalej..

Nie wiemy jeszcze co nas czeka na kolejnej stacji....

środa, 8 czerwca 2011

Pierwsze kilometry Bergamo-Rozzano...

To już kolejna Wielkanoc spędzona gdzieś, gdzie nie ma święconki na stole, gdzie nie ma bazi w wazonie...ale taki los podróżnika i wcale tego nie załuję bo przede mną jeszcze mnóstwo kolorowych jajek, i pstrokatych koszyczków. Teraz jestem tutaj... właśnie jesteśmy dalej na stacji w Bergamo kończąc kanapki. Kawy chcemy, no ale tak Włochy , niedziela wszystko pozamykane. Stoję i uśmiecham się sama do siebie, nie potrafię uwierzyć, że  jedziemy na stopa do Hiszpanii. Jedząc na dworcu Marek oznajmuje - ja jadę pierwszy raz na stopa...(fajnie mógł mi to prędzej powiedzieć, a nie po 1200km) faceci... ale dobra mam nadzieję, że nie spanikuje  w sytuacji kryzysowej. Jeszcze przed wyjazdem mówiłam siostrze, że fajnie że nie jadę z koleżanką bo chociaż raz nie muszę być "plecami" w tej podróży, czyli tą co zapewnia że wszystko będzie ok jak nie jest :D. 
Dobra idziemy, bez mapy, nie wiemy gdzie ale słowo faceta się rzekło ..śmiejemy się, że jakby rodzice wiedzieli gdzie teraz jesteśmy to nas pozabijają... idziemy, idziemy oczywiście słuchajcie faceta- zła strona... wracamy na stację benzynową, wiecie taka samoobsługa. M chce zapalić, zrzucamy plecaki, idziemy z dala od stacji. Obserwujemy brak samochodów na ulicy :) ...na stację podjeżdża mała bagażówka, wychodzi koleś z papierosem w ręce, my na siebie, konsternacja, gościu zaczyna nalewać do bańki gdzieś 10 litrowej benzynę, z ust widać dym z zaciągniętego przed chwilą papierosa...szok. M nawet nie zapalił swojego, bo byliśmy w takim szoku. Jak pyłek wleci do benzyny to rozwali pół Bergamo...co za koleś. Karnister się zapełnił, my odsapnęliśmy jeszcze nie dowierzając...
M to pytaj ludzi na stacji czy nas zabiorę, nie co ja mam im powiedzieć...Wnerw- jak my tak pojedziemy to do tej Hiszpanii do przyszłej niedzieli nie dojedziemy...
Myślę sobie - spoko wyluzuje to jakoś pójdzie.  Przenosimy się na wjazd na stację.. O nie znowu ta sama bagażówka, kierowca wjeżdżając patrzy na nas, podjeżdża pod ten sam "dystrybutor" - nie wiem jak się to nazywa  :) i kolejny papieros... Lepiej złapmy szybko tego stopa bo dostanę zawału...Stoimy z kartką z dużego bloku rysunkowego, markerem napisane ROZZANO. Zatrzymuje się maleńki samochód, nie wymagajcie nazwy wiem że był srebrnego koloru :D...mówimy {Rozano}, kierowca pochodzenia jeszcze nie wiemy jakiego kiwa głową, nie wie o co nam chodzi, pokazujemy czarno-białą mapę wydrukowaną z googli. Aaa {Rocano}wymawia si si.. i ładujemy się z ekwipunkiem do środka. 
Jak my będziemy mówic nazwy po Polsku to dojedziemy strasznie daleko...


czwartek, 2 czerwca 2011

Autostopem po Europie

Drogi pokonałam, autostrady przejechałam, stacje odwiedziłam,  w nocy pod gołym niebem spałam i miliony wspaniałych rzeczy uwidziałam...

Moja podróż po Europie, podróż autostopem... 1700km ...na stopa  z Mediolanu(Bergamo)... Ja dalej w to nie mogę uwierzyć, że to już było, że minął kilometr za kilometrem, samochód za samochodem, coraz to inny kierowca z lepszą lub gorszą znajomością języka obcego...

Świat stanął przede mną, otworzył swoje wrota tajemniczości, zachwytu, pozwolił mi na nowo poczuć dreszczyk emocji i mnóstwo adrenaliny w moich żyłach...

No dobra ale od początku, należąć do organizacji AEGEE EUROPE los pozwolił jeszcze bardziej, mocniej, i więcej zwiedzać nasz kochany świat... już w grudniu padł pomysł żeby pojechać na coroczny zjazd europejskich anten, stopem... Ja oczywiście byłam  pierwsza w popieraniu tej ideii.. kto jak nie ja taki szaleniec mógły chcieć jechac na stopa... nawet nie miałam problemu ze znalezieniem partnera stopowego ...
źródło zdjęcia


Potem były cały cyrygiele z kupowaniem jak najtańszych biletów, opcji, tras i wszystkiego z tym związane... Spotkanie planowane na 27.04-30.04.2011 miejsce Alicante- Hiszpania... Na stopa fajnie ale mój towarzysz podróży wymyślał, że to święta, że z rodziną musi spędzić, bo było w planach stopem z Polski. Potem była opcja samochodem ze znajomymi, ale wyszukałam na 24 WIELKANOC tanie loty za 80zł z bagażem i wszystkimi opłatami do Mediolanu-Bergamo... kupione, na jakieś 3 tygodnie przed wylotem poszukałam opcję powrotu Alicante- Brno 03.05.2011 z bagażem za 150zł... poszło wszystko po kosztach..

Szczęście... teraz ja wielka podróżniczka nie miałam nic, kompletnie nic aż wstyd się przyznać, że przemierzyłam tyle tysięcy kilometrów a nie miałam nawet plecaka, karimaty, śpiwora... ale od czego jest internet... kilka kliknięć- sprzęt zamówiony...

Adrenalina była, nikt prócz osób z organizacji, mojej siostry i kilku znajomych nie wiedział w jaki sposób mamy się dostać do Hiszpanii... z wiadomych chyba przyczyn... Adrenalina, ciągłe pilnowanie żeby się nie wygadać przed rodzicami, pakowanie latarki, peleryny, sznurka i wszystkiego co może się przydać w żywiole...
W Wielką sobotę byłam jeszcze w pracy, kumpela zadzwoniła, że mam sprawdzić autobus do Katowic bo zmienili rozkład jazdy- faktycznie muszę jechać o 19 a nie jak planowałam o 21 ... dobra przeżyję, dzwoni mama, że siostra mnie odbierze z pracy bo się samochód zepsuł, ok... wracamy do domu i ten siostry samochód też się zepsuł.... fajnieee, szłam jakieś 2 km przez łąki bo za 2 godz wyjeżdżam na busa...
W Katowicach na dworcu czekając na serwis na lotnisko w głowie kłębiły się myśli, mamy 3 dni do przejechania 1700km, są święta, nie wiem jak wygląda stop w Europie... ale damy radę...

Tradycyjnie noc spędziłam na lotniskowej ławce, obwinięta jak parówka w mój niebieski, pachnący nowością śpiwór, tylko słyszałam Polaków, nie przyzwyczajonych do śpiących ludzi w takim miejscu, że leża jakieś zwłoki...na lotnisku zauważyłam że jedzenie, które miałam na drogę( 3 dni na stopa) zostało w lodówce... wspaniale się zaczyna.... Ale mój towarzysz przywiózł mi na lotnisko kanapki

Wykończona zasiadam w wysiedziany fotel tanich linii lotniczych, zapinam pasy i w sekundzie zasypiam, budzi mnie Marek i pokazuje widok zaśnieżonych alp nad Włochami, ja opowiadam sen o dywanach... nie wiem skąd mi się to wzięło, ale zasypiamy jeszcze na czas lądowania, budzi nas gwałtowny zryw dotknięcia samolotu z płytą lotniska... Bonjorno Italia .. ciekawe ile razy jeszcze wyląduję na tym lotnisku... Jedziemy busem do centrum Bergamo...

Wesołego Alleluja, dzisiaj Wielkanoc..a tutaj długa kolejka na dworcu aby kupić bilety, wielkanocne śniadanie, bułki z szynką, i woda mineralna jeszcze z Polski :)




The Hitchhiker's Guide to Europe
Pass the roads, drove the highway, visited gas station, in the night I slept under the open sky and millions of wonderful things saw and feel...

My trip to Europe, hitchhiking journey ... 1700km ... by hitchhiking from Milan (Bergamo) ... I further I can not believe that this was the kilometer after kilometer passed, car after car, and is another driver with a better or worse knowledge of a foreign language ...

The world stood in front of me, opened his gates of mystery, wonder, let me once again feel the thrill and lots of adrenaline in my veins ...

Okay, but from the beginning, belonging to the organization of AEGEE EUROPE fortune even more, harder, and more visit our lovely world ... in December fell idea to go to the annual meeting of the European antennas, by hitchhiking ... Of course, I was first in supporting this unusual  idea .. who if not me can be included in this idea ... I even haven’t any problem to find a travel partner...


Then there were all mess with  buying the cheapest ticket, options, routes and everything connected with it ... The meeting scheduled for 27.04-30.04.2011 place Alicante-Spain ... Hitchhiking it’s cool, but my traveling companion invented that is holy, that the family has to spend time together, because it was in the plans to go by auto stop from Poland. Then there was the option to drive with friends, but I founft for 24 EASTER cheap flights for 20euro with luggage and all charges to Milan-Bergamo ... bought, for about 3 weeks before departure  I looked for the option to return Alicante-Brno 03.05.2011 luggage for about 38euro... not so bed it’s low coast trip , like always

Happiness ... I am a great voyager I had nothing, absolutely nothing to be ashamed to admit that traveled so many thousands of kilometers and I haven’t even a backpack, mats, sleeping bag ... but from what is the internet ... a few clicks-ordered equipment ...

Adrenaline going higher, nobody know that we are going to Spain by hitchhiking exept persons of the organization, my sister and some friends ... for obvious reasons, unless ... Adrenaline, control all the time what I’m telling near parents... packing a flashlight, cloaks, string and anything that can be useful in extreme adventure ...

On Holy Saturday, I was still at work, buddy phoned to check the bus to Katowice, they changed the schedule because of Easter, actually I have to go up 19 and not like I planned for 21 ... the good survive, calling my mother that my sister will pick me from work because the car is  broke down, ... ok good that sister has her own car ...back to the house and the sister's car broke down too .... great,j ust wonderfulll... I walked about 2 km through forest, with all staff from work... but i have to hurry up cause after 2 hours have bus..

In Katowice at the station during waiting for service to the airport in my head I had hundret thoughts, we have three days to drive 1700km,  I do not know how to look like stop in Europe ... but common we are young, full of power and waiting for a big adventure..
 
Traditionally, night spent at an airport bench, like sausage wrapped in my blue, fragrant new sleeping bag, I heard some funny things about me, Polish people are not abituated to people sleeping in a place at the airport ... I noticed that the food that I was on the road (3 days on foot) was in the fridge ... great start .... But my companion brought me to the airport sandwiches

Finished sit in a chair hatched low-cost airlines, belt-and second sleep,  Markek woke me up, and shows the view of snow-covered Alps of Italy, I told him the dream of carpets ... I do not know where it came from, but I still fall asleep on the landing time, awakens us to touch a rapid spurt of aircraft apron ... Bonjorno Italia .. how many times I will again and again come to the airport... We go by bus to the center of Bergamo ...

Happy Halloween, Easter today .. and here a long line at the station to buy tickets, Easter breakfast, bread with ham, and even mineral water from Poland:)

czwartek, 31 grudnia 2009

Ostani dzień 2009 roku

To już ostatni dzień w tym roku. Dzień na przemyślenia. Na zadumę. Podsumowanie tego co było, tego co chcemy żeby było. Nigdy bym nie pomyślała ze spędzę go w takim towarzystwie we Włoszech. Jest tu wiele moich bliskich przyjaciół. Z tej okazji pozwolę sobie na posmęcenie. Był to dla mnie jeden z najlepszych Roków w moim życiu. Rok pełen wrażeń, szczęścia i tego o najlepsze mogłabym sobie zamarzyć. Ten rok odmieni na pewno moje życie. Miałam jak każdy z was dobre dni i gorsze ale tych dobrych a nawet wspaniałych było tak dużo a może były tak wspaniałe ze odsuwają te gorsze w cień. Zrealizowałam kilka Marzeń mieszkałam w moim ukochanym kraju jakim jest Turcja, byłam na Tureckim weselu,  przemierzyłam tajemniczą Syrię, odwiedziłam meczety i zakamarki bazarów w Damaszku gdzie kiedyś stąpał św. Paweł,  i pustynną Jordanię. Spałam na pustyni i kąpałam się w Morzu Martwym. Byłam a no jeszcze jestem we Włoszech, wypiłam prawdziwe espresso i zjadłam prawdziwą pizzeeee. Poznałam tylu niesamowitych ludzi. Wspaniały rok więc miejmy nadzieje że nowy nadchodzący rok będzie jeszcze wspanialszy. A ten nowy 2010 rok jest nazwanym ROKIEM PODRÓŻY I PRZYGÓD. Więc wszystkim życzę tego czego najbardziej pragną.

Do Nowego roku zostało jeszcze kilka godzin

Dzień jak co dzień tutaj w Italii rozpoczął się o godz 15.00 śpiochyyyy. Stary rok pędzi dalej nieubłaganie. Wieczorem jeszcze ostatnie zakupy i przygotowanie do ostatniej w tym roku kolacji. Tak wszyscy razem, z różnych krajów przy jednym stole. Politycy powinni brać z nas przykład. Jak zwykle w grupie była zakupy zajęły nam reszta popołudnia. Każdy miał przygotować jakaś potrawę ze swojego kraju. Ja przywiozłam z Polski Moczkę- tradycyjna potrawa wigilijna na górnym Śląsku. Zaczęło się wybieranie, pasta, krewetki, zioła, słodycze, tradycyjne noworoczne włoskie ciasto z serkiem maskarpone i oczywiście coś żeby wznieść noworoczny toast. W sklepie już nas gonili a my po kolei wnosiliśmy torby pełne zakupów do napełniających się bagażników samochodów. A potem wielkie gotowanie. Nasza kreatywność był bardzo bujna – butelki które służyły za wałek do ciasta, chochla do roztrzaskiwania mięsa na niemieckie sznycle.
Koło 23:00 każdy uporał się ze swoim daniem i samym sobą i zasiedliśmy. Stół wypełniały dania z r

óżnych regionów i części Europy a przy każdym talerzy symboliczna turecka bransoletka z Nazar boncuk(oko proroka) My nigdy nie zapominamy o Turcji- kraju, który sprawił ze teraz wszyscy tu siedzimy razem.
Przygotowałam kilka filmików z Turcji. Aż się łezka zakręciła w oku…
Po kolacji zaczęły się smakowanie trunków mocniejszych. O mało co przegapilibyśmy godzinę 00:00.I zaczęło się wielkie odliczanie. Wystrzał szampanów. Życzenia noworoczne.Przemowa Eduardo z Hiszpanii i te dziwne poruszenie naszych serduszek a potem znowu łzy, łzy szczęścia że znowu tu jesteśmy i łzy ze już nie ma nas tam na wschodzie, w słońcu razem, że te chwile już nie wrócą. Sentyment.

I oczywiście zabawa, tańce, żarty i nasze wygłupy zrozumiałe przez nas. Każdy zapomniał że mówimy w innym języku, że za kilka dni każdy spakuje się i znowu pożegnamy…
Tradycyjnie Tiziano z Włoch grał na gitarze nasze Erasmusowskie piosenki i każdy lepiej lub trochę gorzej śpiewał. Ostatni poszli spać o 5:00. U nas w pokoju jeszcze królowały rozmowy o tym jak oddawanie moczu ociepla klimat .
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!

środa, 30 grudnia 2009

Parma i niebieski szalik

Poranek co w naszym wypadku była godzina 14J. Każdy ociężale wstał bo ktoś(czytaj jakiś idiota) w kuchni na parterze włączył na maxa piosenki Metaliki. Stijn opowiadał że w nocy byli z Rolando w lesie(kompletnie pijani). Polowali na dzikie świnie. Stijn noc wcześniej narzekał, że ktoś niechcący wylał na niego czerwone wino a ta kurtka(biała) jest oryginalna, strasznie droga i na pewno nie da się tego sprać. Pokazał jak po wyprawie do lasu teraz wygląda, kilogramy błota sprawiły że totalnie zmieniła kolor. Mówił że podczas polowania na uciszali się nawzajem ciiiii ( na cały głos) wyobraźcie sobie wciete 2 osoby. Gdyby tego było mało używali aparatu z fleszem podczas „ polowania” . Stijn wpadł kilka razy do strumyczka .. chyba nie musze opisywać jak wyglądała ta kurtka….

Rano zanim każdy się wykąpał, wyszykował to była godzina 16. Ja namiętnie szukałam mojego nowego Bożonarodzeniowego szalika. Pytałam wszystkich czy go widzieli, podziwiając widok na pagórki zauważyłam coś wciśniętego w błoto na podeście domu. Zgadnijcie… znalazłam szalik …

Po 17 jak na turystów zastało zaczęliśmy zwiedzanie Parmy. Pięknie zdobione kościoły i uliczki mieniące się kolorowymi lampkami i dzwoneczkami bożonarodzeniowymi. Gwar na ulicach mimo niskiej temperatury i małe kafejki przyciągające zapachem świeżo parzonej kawy






A to w skrócie co widizelismy (wikipedia)

Mury obronne z XVI w.;
Piazza Vecchia - plac miejski przy którym znajduje się Palazzo della Ragione zbudowany w latach 1538 - 1554, zaliczany do najstarszych publicznych pałaców we Włoszech. Wewnątrz, w Salone delle Capriate zachowały się cenne freski z okresu od XIV do XVI wieku. Naprzeciwko Palazzo della Ragione znajduje się Palazzo Nuovo, gdzie ma siedzibę jedna z najważniejszych bibliotek historycznych we Włoszech - Biblioteka Angelo Mai;
Piazza del Duomo - plac miejski przy którym znajduje się Capella Colleoni, kaplica zaprojektowana przez Giovanni Antonio Amadeo jako mauzoleum dla rodu Colleoni oraz katedra San Vincenzo o neoklasycystycznej fasadzie;
Basilica di Santa Maria Maggiore, bazylika będąca przykładem lombardzkiego stylu romańskiego. Jest to trójnawowy kościół zbudowany pomiędzy XII a XIV wiekiem. Wejście do kościoła zdobi uskokowy portyk gotycki zwieńczony podwójną loggią z rzeźbami świętych autorstwa G. da Campionego. Wnętrze w stylu barokowym;



W domku piekliśmy kiełbaski. Wygłupy że aż wypaliłam dziury w getrach. Ale to już normalne ze zawsze cos narobię. Śmieszne zdjęcia które po naszym powrocie pojawia się jak zawsze na facebooku, druga strona naszego ja tą której nie znają znajomi z naszych krajów. A potem znowu tysiące postów jak to każdy za kimś tęskni. Ale na to jeszcze mieliśmy czas…

wtorek, 29 grudnia 2009

Parma, parmezan i vino...

Dzisiaj był planowy wyjazd do Parmy, a dokładniej to do miasteczka oddalonego 30km od niej. Parma słynie ze znanej szynki parmeńskiej i jednego z najlepszych serów Parmezanu. Podzieliliśmy się na kilka samochodów. Tiziano kiedyś wspominał że on w życiu nie chce już jechać z Rolando bo jedzie jak szalony i że po ostatnim razie myślał że nie wyjdzie z tego cało. Ku mojemu szczęściu tylko u niego w samochodzie było wolne miejsce, dołączyli jeszcze Beldzy. Drogę przespaliśmy po nocnych harcach. Ja chciałam zrobić zdjęcie śpiącego Stijna a zapomniałam o wyłączeniu lampy błyskowej. Rolando, który jechał jak już wcześniej wspomniałam myślał że złapał go fotoradar. I tylko słyszałam słynne vafanculo…

Po drodze był jeszcze czas na aperitif a potem przed nami ukazywał się nocny pejzaż wzgórz pokrytych kikutami, które latem obrodzą w gęste kiści winogron. Dojeżdżaliśmy po nieutwardzonej ścieżce. Auto kołysało w wszystkie strony. Gdy przed naszymi oczami zobaczyliśmy na uboczu nie oświetlony 2 pietrowy dom- miejce gdzie razem mieliśmy powitać nowy rok.
Każdy entuzjastycznie, szybkim krokiem wszedł do domu przynosząc nowe kilogramy Świerzego błota na brunatna posadzkę. Pierwsza myśl to zimno jakie nas powitało oraz dziesiątki ciem na suficie. Razem było nas 14osób i szybko każdy znalazł coś do roboty. Jedni rąbali drewno do kominków a ja zajęłam się odkurzaczem i zbieraniem ciem. Potem mieliśmy okazje pojechać do gospodarstwa agroturystycznego gdzie czekały na nas regionalne przysmaki. Kilka dań handmade oraz niezliczona ilość domowego wina podawana w butelkach 3 litrowych. Jak to Polacy koleżanka stwierdziała że jak się nie najem to mam pić wino to mi się 20 euro zwróci. Nie ma to jak myślenie polaków. Z kolejną 1,5 litrowa butlą zimnego, czerwonego wina nasze żarty były coraz bardziej śmieszne. I nie obyło się beż zdjęcia w pozie a’la Basia…
Była tam grupa Włochów, z którymi razem próbowaliśmy śpiewać i było nas chyba słychać wioskę dalej. A potem bitwa na śnieżki i teoria jednego z Belgów że oddawanie moczu powoduje ocieplenie klimatu. I tym oto akcentem zakończyliśmy dzień.

niedziela, 27 grudnia 2009

Viva ITALIA, Bonjorno

Po ciężkim okresie harowania w hotelu i zażerania się z moim szefem, który nie należał do spokojnych ludzi , czas na upragniony wyjazd. Spotkanie byłych Erasmusów i ex Erasmusów w Mediolanie we Włoszech( to jakby komuś umknęło). Moja wizyta to była trzymana w tajemnicy. Ja jako człowiek kochający niespodzianki i tym razem tak miało być. O mojej wizycie wiedzieli tylko 3 włosi no bo już potem się bałam że zabraknie dla mnie łóżkaJ Najlepsze ze jednym z głównych organizatorów był Giuseppe, który jest z Aleksandra z Węgier a to właśnie najbardziej zależało mi na zaskoczeniu Alexy i Eduardo z Hiszpani.
Włochy- mapa google
Ośnieżone Alpy a w tle jedno z Włoskich Jezior

Zamawiając lot tańszy był na 27.12.2009 więc byłam szybciej niż nasza cała grupa. Standardowo na lotnisko pojechałam z siostra i szwagrem, a moja siostra znając już mnie ąz za dobrze mówi z uśmiechem  „ i tam nic nie narób potrzepańcu”. Ja oczywiście, że gdzie tam znowu. No i się zaczęło.

Przeszłam przez odprawę bagażową, przez bramkę i wyłączyłam Tel bo pomyślałam, że tylko będzie mi przeszkadzał. No ale nie znając godziny chciałam go na nowo włączyć i oczywiście pojawiła się wiadomość : WPISZ KOD PIN, którego ja nie pamiętałam. Pamiętałam tysiące innych liczb ale akurat nie tych. Najlepsze w tym było to, że po przylocie miałam się skontaktować ze znajomym Tiziano. Po wylądowaniu w Mediolanie a dokładnie w Bergamo na lotnisku próbowałam się skontaktować z rodzinką ale oczywiście nie mogli tego znaleźć. Raz kozie śmierć. Pojechałam busem do Milano centrale. Poszukałam tego pociągu co Tiziano mi sugerował.  Podczas tego odsłoniła się mi ta stereotypowa Italia. Kilka razy usłyszałam bellaaaa…mimo że nie mam włosów koloru blond. A na dworcu każdy mi mówił Bonjorno. Potem jeden z Włochów zaczął ze mną konwersację w języku niemieckim(a umię się nim posługiwać). Czekał na ten sam pociąg co ja. Był jeszcze czas to towarzyskie cappuccino też musiało być. Potem mi tłumaczył gdzie mam wysiąść( sama był dała rade bo to tylko 2 przystanki) ale pozwoliłam mu grać macho. Oczywiście od razu dostałam zaproszenie do Zurychu. Ale  ogólnie był miły i pomocny.

Wysiadłam na moim docelowym przystanku Magenta. I oczywiście Tiziana nie było. Szczególnie mnie to nie zaskoczyło z ich włoską mętalności, że mają zawsze czas. Ale po chwili przyjechał i oczywiście przepraszał że się spóźnił ale spał :). Oprowadził mnie po tym małym miasteczku. Przyjechałam do jego rodziny. Pierwsza różnica po roku mieszkania w Turcji, tutaj nie ściąga się butów w mieszkaniu. Rodzina bardzo miła. Mama cały czas do mnie mówiła( po włosku mimi że ani słowa nie umiem). Zjedliśmy razem obiad. Tradycyjny lazanię a po obiedzie sery, ciastka i mała czarna włoska kawa. Potem pojechaliśmy jeszcze do innych miast. A że to okres jeszcze Bożonarodzeniowy to wszędzie mogłam spotkać szopki Betlejemskie. Tiziano chciał mi jak najwięcej pokazać. Piłam kawę typową do masteczka, łyżeczka była zrobiona z czekolady, która pod wpływem ciepła roztapiała się nadając ciekawszy smak.


Z tego z czego słynie ITALIAAA


Byliśmy na aperitifie. Skosztowałam włoskie piwo i coś w rodzaju grzanki z pomidorami i oregano. Wieczorem pojechaliśmy do jego znajomych. Marcelo i Maria to bardzo mili ludzie. Tam było znowu jedzenie. Pizza i panini. Ja już nie mogłam na jedzenie zaglądać. Oni śmiali się że my w Polsce mamy małe żołądki. Jak to we Włoszech siedzieliśmy, rozmawialiśmy i piliśmy wino. Tego było mało i jeszcze mimo ze to była niedziela poszliśmy do pubu- na piwo. Było tyle ludzi, że ledwo co znaleźliśmy miejsce stojące. Do domu jadąc Tiziano minął kilka czerwonych świateł ale to też nic nadzwyczajnego Krzywdy nikomu tym nie zrobił a śmiechu było...

piątek, 2 stycznia 2009

Lago Maggiore i Panettone

Ostatnie zwiedzanie Turyn. W paczce zrobić cos to graniczy z niemożliwością. Postawić wszystkich na nogi i umówić się na konkretna rodzinę to jest szczyt sukcesu.
Pojechałam z Susan na Milano Centale. Dzwoni Giuseppe, że u nich w mieszkaniu jeszcze nikt nie wstał. Wiedziałam. Normalka. Dzwoni Tiziano, że na Turyn jest już za późno i pojedziemy na Lago Maggiore(Jezioro Magiorre)- drugie największe jezioro Włoch 6.559km². Żeby zmieścić się w samochodzie jedziemy do Magenta- miasto rodzinne Tiziano. A tam mama wita nas już od progu i zaprasza na śniadanie( w końcu coś dziś jedliśmy) i na gorące espresso. Napychamy się na resztę dnia. Potem jeszcze supermarket i lody w grudniu. Chcąc małego loda dostałam BIG taki jak w Polsce. I już nawet nie pytałam jak u nich wyglądają duże lody, i tu jest ta odmienność …

Degustacja podczas drogi do Magiorre. Region ten to charakterystyczne Wille, drogie samochody, domy i cała śmietanka z Mediolanu i nie tylko. Widok palm na tle jeziora przypominającego morze tyle że bez fal i zaśnieżone szczyty Alp. Pierwsze zdjęcie z moimi kochanymi Włochami i Hiszpanem i czym to się kończy, oczywiście że ja leże na ziemi bo mnie upuścili. 
 A tu kilka fotek z pięknego Magiorre :
Widać że Eduardo(Hiszpania) przyleciał do nas z Turcji, cały czas umierał z zimna




Wyprawa łodzią (10 euro)na Isola Bella( Piękna Wyspa) maleńka, urokliwa, kameralna i opustoszona o tej porze roku. W domach widnieją tradycyjne Bożonarodzeniowe szopki z numerkami przydatnymi do głosowania na najpiękniejszą w tym roku. Wąskie uliczki, przemykające w ciszy koty.
Druga wyspa Isola dei Pescatori (Wyspa Rybaków) większa od poprzedniej liczba mieszkańców 50. Wyspa ta jest „ zaludniona” przez cały rok. Jak w ogóle te dziesiąt osób mogę tak nazwać. Szopki drewniane, metalowe, małe, duże z gliny, z papieru. Lampki wywieszone łączą dwa sąsiednie domy. Winorośl, która pamięta dzieciństwo mieszkańców i cisza.
Powoli zapadł mrok, wracaliśmy wypatrując świateł na lądzie, Noc spowiła każdą odwiedzana przez nas wysepkę, kładąc mieszkańców do snu. Oczywiście był aperitif a potem droga do Mediolanu. Nabieraliśmy sił śpiąc jeden na drugim w samochodzie. Nikt nie narzekała że ciasno. Każdy był zadowolony.
W domu spaghetti i typowe włoska babka panettone , którą kupuje się na nowy rok z serkiem maskarpone i rumem. Pycha.
http://www.masala.com.pl/index.php?d=szukaj&producent=82

Ostatnia impreza. Mały Club i wszyscy razem. Powrót planowany 00:00 , powrót rzeczywisty 04:00 już po wyjściu z clubu ktoś zaczął płakać. I zaczęło się wielkie żegnanie na zawsze, jakby już nigdy w życiu nie mieliśmy się zobaczyć, rozpacz….. Tak jakby ktoś szedł na wojnę i już nigdy więcej nie mielibyśmy go zobaczyć. To normalne u nas, tak jesteśmy zżyci…
Pod blokiem znowu przytulanie, obietnice kolejnego spotkania przeplatane ze śmiechem i śpiewem naszych piosenek. Tak długo to trwało że o mało nie zdążyłybyśmy na transfer na lotnisko. Nie mówiąc że jechaliśmy w 6 w samochodzie w Centrum Mediolanu. W samochodzie moich dwóch znajomych Włochów śpiewało

Na lotnisku jak zwykle na ostatnia chwilę dobrze że zmieniła się o 15 min godzina wylotu. Mi było obojętne czy wylecę czy zostanę Do ostatniej bramki biegłam w skarpetach, bez butów po marmurowej podłodze. Wykończona, wycieńczona. Usiadłam, zasnęłam, przyleciałam do Polski a tu śnieg…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...